POPIS

Dwaj czołowi politycy kraju mówili w sobotę o rzeczach ważnych dla Polski. Obaj opisali niemalże ten sam kierunek zmian, dlaczego więc odniosłem wrażenie, że obaj widzą zupełnie inny cel, inną Polskę? Dla jednego - szklanka jest do połowy pusta, dla drugiego - w połowie pełna.

W sobotę, niemalże w tym samym czasie odbywało się spotkanie władz krajowych PIS-u i zjazd krajowy PO. Byłem ciekaw wystąpienia premiera, które jeszcze przed rozpoczęciem okrzyknięto „trzecim exposé”.


Po części rozumiem lawinę krytyki jaka spadła na premiera. Zabrakło konkretów. Była ładna forma – jak zwykle wystąpienie było dobrze przygotowane i dobrze się je oglądało, premier sprawiał wrażenie pewnego siebie, kompetentnego - jednak zabrakło treści. Wystąpienie zbudowano w oparciu o ogólniki. Premier przeleciał po wszystkich ważnych dla Polski i Polaków tematach. Nie padły jednak żadne deklaracje, żadne konkretne postanowienia. Trzeba jasno powiedzieć, że nie dowiedziałem się niczego nowego i muszę przyznać, że to wystąpienie - poza podbudowaniem morale członków partii - nie powstrzyma raczej lotu koszącego ku ziemi samej Platformy.

Uważam jednak, że mimo, że nie było to najlepsze wystąpienie premiera w jego karierze politycznej, to i tak porównując je z wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego było bardzo dobre. Nie mogę się zgodzić z komentatorami, że padł remis. Mam wątpliwość czy oglądaliśmy te same wystąpienia?

Być może ocena ta wystawiona jest na podstawie niezaspokojonych oczekiwań. Ja nie oczekiwałem spektakularnych zmian, oczekiwałem wystąpienia polityka z klasą, argumentów, przyznania, że dzieje się źle i wyznaczenia celów. I otrzymałem to, ale tylko od Donalda Tuska. Jarosław Kaczyński jak zwykle nie powiedział nic nowego. W niemalże tym samym czasie mówił o podobnych rzeczach, jednak w swojej retoryce nie żałował słów krytyki pod adresem PO i premiera. Nie powiedział niczego, czego bym już nie słyszał, jak zwykle się powtarzał, używał uogólnień. Znów usłyszeliśmy, że: „wszystko to wina Tuska”, że „ojcem polskiej biedy jest Donald Tusk” etc. Uważam, że zarzuty Kaczyńskiego stają się z roku na rok mniej trafne. Jeżeli się wiecznie kogoś o coś oskarża, jednocześnie używając wielkich zarzutów, to traci się wiarygodność opinii publicznej. Uprawianie rozhisteryzowanej polityki sprawia, że sam polityk traci zaufanie wyborców. Jeżeli o polityce prorodzinnej i niżu demograficznym - jako największym zagrożeniem dla Polski - mówi Jarosław Kaczyński, to zakrawa na hipokryzję.

Wiarygodnością Kaczyńskiego zachwiał niewątpliwie jeszcze jeden fakt, a mianowicie wybór Antoniego Macierewicza na zastępcę prezesa i zarazem czwartego wiceprezesa PIS-u. Otaczanie się takimi ludźmi mówi samo za siebie. W moim odczuciu premier wygrywa w tym porównaniu i to za sprawą samobója Jarosława Kaczyńskiego… Ciosem poniżej pasa było także wczorajsze wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, który w swoim stylu – wielce nieeleganckim – skrytykował działalność Elżbiety Bieńkowskiej. Umniejszając jej zasługi - mówiąc, że „przyszła na gotowe” - udowodnił, że nie tylko jest słabym dyplomatą, jeszcze gorszym matematykiem, ale na pewno nie jest dżentelmenem. Odnoszę wrażenie, że polityka w wydaniu PIS ogranicza się już tylko do krytykowania, zapominając o działaniu. Pozwólmy dziennikarzom i społeczeństwu wystawić swoje oceny. Jestem przekonany, że za tak pasywną politykę jaką uprawia PIS, użyją tych, po które chętnie sięga prezes: „Czasami zdarzy się trójka, dużo częściej dwójka, czyli mierny, nierzadko jedynka, czyli niedostateczny”…

Żeby w tym kraju coś się zmieniło trzeba działać. Mogę przytoczyć słowa Hanny Gronkiewicz-Waltz, że: „nie wystarczy się oglądać na Tuska. Politycy muszą sami pracować, każdy z osobna”. Od siebie dodam, że odnosi się to do polityków wszystkich partii.
Trwa ładowanie komentarzy...